4 października. Pierwszy dzień wędrówki. W zasadzie przypominanie sobie tej trasy, która przeszedłem wiosna ubiegłego roku. Jest nas osiem osób, żeby się trzymać razem, a każdy ma swoje tempo chodzenia, wymyśliliśmy kolejność, w jakiej pójdziemy. Nie do końca się ta metodą sprawdziła, ale generalnie już wiemy, kto chodzi szybciej, kto wolniej, a kto lubi nieco własnymi ścieżkami. Na obiad doszliśmy na 15.00. Szczęście, że kucharza nie odsyłają do domu o 14, jak to było w ubiegłym roku. Obiad był w Fao, a to tylko 3 km od mety, czyli noclegu. Na 19 niektórzy poszli do koscioła. Jak wróciliśmy to niemal cała reszta towarzystwa spała. I tu zmierzam do istoty sprawy, czy miejsca noclegu. To tzw. alberga. Tu się śpi w pokojach wieloosobowych. I tak właśnie od trzeciej w nocy nie śpię, bo ktoś strasznie chrapie. Zabrałem z domu zatyczki do uszu, ale są w plecaku, a plecak pod łóżkiem, a ja na jego górnym piętrze, no to nie będę schodził po drabinie na dół. Za chwilę będzie piąta, pójdę się okąpać. Chyba już jestem wyspany. Okaże się w trasie, która dzisiaj będzie długa i trudna, jak to pamiętałem z zeszłego roku.