Villafranca del Bierzo to urocze miasteczko położone na wysokości 500 m, liczące 3.500 mieszkańców. Przemierzamy je w słonecznej pogodzie. Przy wyjściu z miasta duży kościół, potem widokowy most. Dalej to już tylko wędrówka doliną w sąsiedztwie drogi. Przewodniki proponują zakończyć ten etap na trzydziestym kilometrze, w O Cebeiro. Uznałem, że nie damy radę, więc zamówiłem nocleg w Las Herreiras na dwudziestym kilometrze. To właśnie jest ból planowania. Trzeba zgrać chęci i możliwości. Ile mamy czasu, kiedy latają samoloty, gdzie uda się znaleźć przyzwoity nocleg? To wszystko ogarnia się w domu, na długo przed wyjazdem, a potem ma być tylko przyjemność wędrówki. Czy zawsze jest przyjemnie? Jakoś tak mi wychodzi, że pierwsze trzy dni nie można szarżować. Organizm się musi przyzwyczaić. Roman coś mówił o pamięci mięśniowej. Rzeczywiści, jest takie zjawisko, że po kilku dniach wchodzi się w rytm i jest łatwiej. U nas chyba najtrudniejszy był trzeci dzień wędrówki, czyli ten następny. Teraz mamy przejść 20 km z niewielkim przewyższeniem. Mogliśmy wybrać wariant, który przez pierwszych 10 km nie biegnie wzdłuż drogi, a wzgórzami. Tyle, że trzeba by na nie wejść. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu. Zresztą w kolejnych etapach też tak było, że jak były do wyboru warianty, to wybieraliśmy łatwiejszy. Dzisiejszy etap nazwałbym kynologicznym, bo najbardziej zapadły mi w pamięci pieski. Szczególnie jeden, który pilnował nas podczas odpoczynku. Spożywaliśmy przed knajpką napoje chłodzące, a przed nami na ulicy, położył się piesek, który zrywał się z miejsca przy prawie każdym przejeżdżającym aucie. Obszczekiwał i wracał na miejsce. Słodziak. Nasza trasa biegła w sąsiedztwie lokalnej drogi, ale w pobliżu przebiegała też autostrada. Podziwialiśmy wysokie betonowe słupy. Jak oni to zrobili? Nie jesteśmy jeszcze w Galicji, bo administracyjnie to Castylia-Leon, ale pojawia się gdzieś napis, że tu się mówi po Galicyjsku, a na wszystkich tabliczkach z nazwami miejscowości, ktoś pracowicie zmieniał pisownie, zastępując literę „J” literą „X”. Był też tego dnia dobry obiad. Galisyjska zupa z dorszem. Nocleg też bardzo przyzwoity i czyściutki. Właścicielka na dzień dobry kazała nam zdjąć buty.Zobacz mapę