Wychodzimy o ósmej. Jest jeszcze ciemno, ale już wszyscy nabrali przekonania, że lepiej zrobić jak najwięcej kilometrów chłodnego poranka niż później, gdy słońce już może nieźle dokuczać. Ulica, gdzie znajduje się nasz hotel zamieniła się w targowisko. Taka niespodzianka. Idziemy już w sporej odległości od oceanu, więc widoki kontynentalne. Robimy kilometry. Pielgrzymów sporo. Rozmawiamy z młodym rodakiem, który idzie sam. Potem spotykamy Brazylijczyków, z którymi też trochę gadamy. Gadają głównie ci, którzy władają sprawnie angielskim. Angielski to podstawowy język na Camino. Moje pokolenie to jakoś zaniedbało nieco tę kwestię. Teraz próbuję nauczyć się podstaw hiszpańskiego. Nie jest to niezbędne, ale przynajmniej w knajpie można się odezwać. Oczywiście, można czytać menu używając smartfona, nie ma problemu. Przekonałem się też, że przez małe przejęzyczenia można nagrać głupot, ale pomińmy ten temat. Nie pominę jednak tego, co spotkało nas w Padron. Odmowa noclegu. Informacja o odmowie przyszła mailowo może godzinę przed naszym przybyciem. Nawet nie przeczytałem jej. Nerwy i inne złe odczucia. Szukamy w necie. Znaleźliśmy nocleg dwa kilometry za miastem. Może to i lepiej, bo jutro będzie bliżej do mety.