Dzisiaj 22 kilometry. Z poziomu 670 m mamy dojść na wysokość 1300 m. Przewyższenia będzie więcej niż wynika z różnicy wysokości, bo na pewnym odcinku schodzimy nieco. Będzie męcząco, ale pięknie. Nie ze względu na przełamywanie własnych słabości, ale na piękne widoki. Zdjęcia tego nie pokażą, tak zgodnie z Romanem stwierdziliśmy. Zanim jednak było pięknie, to było trochę potu i błota na szlaku. Przydały się kije trekkingowe. Mieliśmy jedna parę, więc chodziliśmy z jednym kijkiem. To mój pierwszy wyjazd z kijami trekkingowymi. Zawsze jest ryzyko, ze zabiorą podczas kontroli bezpieczeństwa, więc kupiłem tanie kije za jakieś 80 zł. Jak zabiorą, to nie będzie szkoda. Nie zabrali, więc mamy po 30 dkg bagażu więcej, ale też pomoc w taki dzień jak ten. Po pokonaniu błotnistego odcinka wychodzimy w piękną scenerię gór. W tych pieknych okolicznościach przyrody dochodzimy do miejsca, gdzie postawiono głaz na granicy Castylii-Leonu z Galicją. Potem już parę kroczków i jesteśmy w O Cebeiro.
O Cebreiro to mała wioska położona na wysokości 1293 m n.p.m. Centralnym punktem w tej wiosce jest Sanktuarium Matki Bożej o nazwie Santa Maria la Real. Tam, około 1300 roku, wydarzył się cud eucharystyczny, który dzięki pielgrzymom rozprzestrzenił się po całej Europie. Tu więcej o
cudzie w O’Cebreiro
Znajduje się tu też grób najsłynniejszego proboszcza tego kościoła, ojca Elíasa Valiña Sampedro. Był on
twórcą żółtej strzałki
tak charakterystycznej dla Camino. To właśnie on w latach 80 przemierzał północną Hiszpanię i znakował pozostałą po robotach drogowych żółta farbą zapomniany w tym czasie szlak do Santiago de Compostela.
Wracając do spraw przyziemnych, a jest godzina 13, szukamy lokalu w posiłkiem. Właściwie to Roman szuka. Jeżeli chodzi o te sprawy, to polegam na nim w stu procentach. Chociaż, dzisiaj, ten hamburger mało ma z oryginalności kulinarnej tych rejonów. Przyznaję, był bardzo dobry, bo z wołowiną. Oryginalność regionalną znajdujemy w napotkanym stadzie krów. Otóż, piszą w przewodnikach, że charakterystycznym elementem krajobrazu Galicji są pędzone ulicami stada krów. I takie było to stado. Lazło drogą, pies je oszczekiwał, żeby się trzymało razem. My zeszliśmy na boczek drogi, żeby nie przeszkadzać. Droga idzie trochę w dół, trochę znów pod górę. Trochę się dłużyło, aż na koniec pojawiła się sylwetka wypaśnej naszej kwatery. Tam odbyła się rozmowa z panią zarządzającą. Mieliśmy rezerwację z płatnością na miejscu. I tu problem. Pani była zdania, że 51 euro, które było w naszej rezerwacji dotyczyło jednej osoby, a nie za całość rezerwacji. Słabo z moim hiszpańskim, ale tyle wiem, że z uporem twierdziła, że tak tanio to niemożliwe, bo nigdy tak tanio nie wynajmowali. Z pomocą tłumacza Google pozwoliła dać się przekonać, że tyle mamy zapłacić za całość i basta.Zobacz mapę